Zabawa – podróżnik w kuchni


Jak wiecie, jesteśmy w naszej wielkiej kulinarnej podróży po Europie, dlatego dzisiaj zabawa będzie z tym związana. Ze smakami, z miejscami i wspomnieniami. Macie jakieś danie, które dobrze zapamiętaliście? Napiszcie, a my mamy dla Was trzy książki "Podróżnik w kuchni" od wydawnictwa Pascal.

Co dla Was mamy

Mamy dla Was trzy książki "Podróżnik w kuchni" wydawnictwa Pascal, które są świetnie wydane i zawierają sporo apetycznych przepisów. "Podróżnik w kuchni" to nie tylko pełna nastrojów encyklopedia kulinarnych zwyczajów i tradycji różnych kultur, a także przepisów, ale również kulinarna przygoda. To paszport do kulinarnej kultury 12 krajów – od Europy po Azję i od Ameryki Środkowej po Bliski Wschód.

Co trzeba zrobić

Zadanie jest proste. :) Napiszcie, jakie danie, smak itp. zapamiętaliście z jakiegoś swojego wyjazdu. Nieważne, czy to był wyjazd na drugi koniec świata czy tylko wypad za miasto, każdy z nas ma takie smaki, które mu się kojarzą z danym miejscem. Gofry znad morza z polewą czekoladową, najlepsze knedliczki z Czech, włoską pizzę albo te wielkie lody od pana z budki przy piątej alejce, o tam za zakrętem. :)

Może przy okazji zainspirujecie nas do przygotowania takiego dania? A przynajmniej powspominamy te pyszne rzeczy, które najlepiej smakują na wakacjach. Każdy może dodać dowolną liczbę komentarzy, zaproście rodzinę i znajomych. Czas do wtorku 23.08. do północy, wyniki w środę wieczorem (możliwy poślizg!).

Paulina Stępień

kotlet.tv

Dodaj komentarz

Komentarze: 40

Ja szczególnie zapamiętałam restaurację turecką restaurację w tureckiej dzielnicy , w Niemczech.

Zamówiłam sobie Baclavę, typowy turecku przysmak, herbatę i kawę.

Smak ciasta był niepowtarzalny. Francuskie ciasto było przełożone musem z pistacji, cały ociekał syropem miodowym, jakby tłuszczem, nie dało się ugryźc kawałka ,żeby całej nie oblac tym czarodziejskim płynem. Po niesamowitej słodyczy nadszedł czas na kawę. To nie była zwykła kawa. Malutka, mocna , a w jej głębokim smaku można było wyczuc słońce , w którym dojrzewały ziarna kawy i tą wczesną zieleń.

Na herbatę zaś czekałam 35-40 minut! Już myślałam ,że turecki kelner o niej zapomniał ,ale okazało się, że tam , do herbaty podchodzą jak do świętości. Jej parzenie ta cały rytuał. Robią j, bowiem w samowarze. Cały ten czas oczekiwan wynagradzał mocny, niesamowity smak listków czarnej herbaty.
Skosztowałam również innego ciasta, którego nazwy zapomniałam Było ono zrobione z makaronu ryżowego przełożonego miodem. To dopiero była słodycz.

Rok cały spędziłam na stypendium w Serbii. Jadłam tam ogromne ilości pysznych rzeczy. Zapamiętałam między innymi smak pysznej szopskiej sałatki, która w odróżnieniu od tych podawanych w Polsce – była przykryta pierzynką startego słonego sera (fetopodobnego, ale to nie była feta). U nas do szopskiej sałatki dodaje się ten ser krojony w kostkę, a ta lekka jak chmurka pierzynka z sera była po prostu niesamowita.

ooo, przypomniały mi się jeszcze śliweczki suszone, wypełniane kajmakiem (taki serbski ser) i owinięte boczkiem i opieczone na grillu. 12 takich śliwek było w menu w dziale przystawki ale ja to brałam jako główne dania i byłam objedzona w trzy światy!

Mnie zachwyciły kulinarnie tegoroczne wakacje na północy Sycylii i pierwsze moje zetknięcie kulinarne z bakłażanem. Był podany jak pizza, zajmował cały talerz, forma koła, czuć było sos pomidorowy i parmezan. To była tylko jedna ze wspaniałych antipasti jakie tam serwowano. Dobrze byłoby odkryć bakłażana i w polskiej kuchni! Do tego kieliszek wina, woda, lato..piękne wspomnienia. A poza tym makarony na 100 róźnych sposóbow! ! Zachęcam kotlet.tv do wkomponowania włoskich smaków w swoje przepisy. :)

Ja podczas pobytu we Włoszech, bardzo dobrze pamiętam kilka świetnych dań. Jednym z nich było Passatelli con brodo czyli kluseczki z rosołem, taki drobny jakby makaronik zrobiony tylko z sera parmezanu ,bułki tartej i jajka i wycisniety w takie małe bobki :-) Smak połącząny parmezanu i rosołu niesamowity. Istna poezja. Kolejną potrawą było Coniglio in salsa piccanta czyli Królik w sosie ostrym. Zaczne od tego, że gdy pracowalam we Włoszech, to nie znałam bardzo dobrze języka włoskiego, moi pracodawcy zaprosili mnie na obiad na to własnie danie. Ja oczywiście zapytałam co to takiego, odpowiedzieli, że chowa się to na podwórku i biega razem z kurami. Oczywiście pomyślałam, że to jakiś ptak, a nie królik. Smakowało wybornie, delikatny smaczek mięsa połączony z z sosem pomidorowym z lekką nuta ostrego smaku, po prostu super. Gdy po jakimś czasie sprawdziłam w słowniku. to nie było mi zbytnio do śmiechu. Choć jestemm mięsożerna to szkada mi takich małych stworzonek. Ale smak był wysmienity. Jest mnóstwo innych dań, ja kocham kuchnie włoską, więc wywodu mojego nie byłoby końca. Dodam jeszcze jedna potrawę, Finocchio con formaggio czyli koper włoski z serem, krojony na talarki i duszony z przyprawami, na koniec pokryty smacznie rozpuszczającym się serkiem. Mniam, aż mi ślinka cieknie :-)

takim żywym wspomnieniem są dla mnie „łabądki” (tak je nazwałam) z budki koło dworca Gdańsk-Wrzeszcz. Zawsze kiedy jechałam gdzieś kolejką to kupowałam tam takiego „łabądka” – czyli ciasto parzone w kształcie łabędzie przełożone kremem chyba na bazie białek (coś w stylu ptasiego mleczka) i posypane górą cukru pudru. Na samo wspomnienie cieknie mi ślinka, pewnie dziś tej budki już nie ma, bo 6 lat temu przeprowadziłam się z Gdańska. Ale jeśli kiedyś jeszcze tam będę to poszukam moich łabądków :)

Jakiś czas temu podczas jednodniowego wypadu do Czech na zwiedzanie Skalnego Miasta, umęczeni górską wędrówką zatrzymaliśmy się aby zjeść coś w jedynym otwartym w miasteczku lokalu. Mój Towarzysz sobie tylko znanym sposobem dostrzegł piekącego się na tyłach budynku prosiaczka na obrotowym rożnie. I tajemniczo stwierdził, że on już wie co zamawia. Ja po zobaczeniu karty dań zdecydowałam się na knedliczki z jakimś mięsnym sosem, on natomiast zamówił kawałek pieczonego mięsa. Jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłam na moim talerzu nieciekawie wyglądające rozgotowane kluski nad którymi ułożone było ociekające tłuszczem mięso przypominające mortadelę. Chwilę później na przeciwko mojego talerza wylądował obiad składający się z pięknie dopieczonych frytek, kawałka apetycznego mięsa prosiaczka z chrupiącą skórką i surówek. Ciężko przełknęłam własny błąd i do końca obiadu wpatrywałam się z ociekającą ślinką w szybko znikający obiad mojego chłopaka. Od tej pory częściej słucham jego restauracyjnych wyborów ;)

Razem z moim narzeczonym wyjeżdżam co jakiś czas, co roku lub co dwa lata do mojej rodziny w górach. Najwspanialszym wspomnieniem stamtąd jest oprócz niezwykłej atmosfery, miłych i serdecznych ludzi, zawsze darzących nas szczerym uśmiechem, również kulinarne wspomnienie. W dzieciństwie jeździłam tam częściej i również z tamtego okresu pamiętam to danie. Mam na myśli pyszne pierożki przygotowywane razem z ciocią. Zawsze nadziane borówkami lub truskawkami, były po prostu pyysznee… Pamiętam również cały jak gdyby rytuał ich robienia. Gdy byłam dzieckiem było to dla mnie niesamowitym przeżyciem. Wszystko miało swoją kolejność, powolne zagniatanie ciasta, formowanie pierożków. A jaka radość, gdy można było iść do kuchni nawet wieczorem i sobie wziąć kilka już zimnych prosto z miski. :)

moje najbardziej intensywne wakacyjne wspomnienie kulinarne jest baaardzo proste. gdy bylam mala czesto jezdzilam z rodzinka na wakacje do czech. na sniadanie moja ciocia czesto serwowala swiezutkie rogaliki z maselkiem/serkiem czosnkowym – pomazanka. proste, ale wysmienite. teraz bedac w czechach kupuje najrozniejsze pomazanki czosnkowe, ale zadna nie umywa sie do tamtej. do czeskich wspomnien dolaczam takze smazony syr z sosem tatarskim. niewyszukanie i PYSZNIE! za to wlasnie lubie czechy :)

Włochy zapamiętam nie za sprawą pizzy, ale pysznych włoskich ,pierożków’ panzerotto. Już zawsze będę pamiętać ich lekko słony smak ciasta i pyyyszne nadzienie z sera, pomidora i szynki oraz widok towarzyszący konsumpcji tej potrawy- czyli falujące morze i wiejąca od niego bryza, a także lekki stukot fal o ścianki w porcie, no i oczywiście uśmiech dziadka Włocha który sprzedał mi z uśmiechem ten skarb :)

  • Joanna z Facebooka

Z racji mojej zawodowej pracy w Polsce wiele razy wyjezdzalam za granice, gdzie jednym z punktow programu bylo urzadzanie miedzynarodowego wieczorku z daniami narodowymi. Na wielkim stole pojawilaly sie smakolyki z wielu krajow swiata (najczesciej Europy), za przygotowanie ktorych odpowiedziali byli przedstawiciele danego panstwa. Zazwyczaj byli to mlodzi ludzie lub ich nieco starsi opiekunowie. Nie jestem w stanie opisac, co do tej pory probowalam, bo bylo tego mnostwo: najrozniejsze ciasta, miesiwa, salatki, sery. A co najbardziej mi posmakowalo? Do konca zycia nie zapomne smaku mietowej herbaty z Maroka, ktora sprobowalam we Francji. Przygotowala ja moja znajoma, muzulmanka z Maroka, mloda dziewczyna, zakrywajaca twarz piekna chusta. Herbata byla podana w niezwkle bajkowym czajniczku, ktory postawila w jakims niepozornym miejscu posrod kolorowych salatek i francuskich serow. I prosze sobie wyobrazic, ze akurat do tej herbaty ustawila sie najdluzsza kolejka i kazdy ja polecal. Swieza mieta podana z przyprawami i zalana swieza woda, w specjalnym czajniczku. I kto by pomyslal, ze wyjdzie z tego najpyszniejsza herbata, jaka kiedykolwiek sprobowalam. P.S. Podczas pisania tego postu moj zagraniczny malzonek dopytywal sie o czym pisze. Gdy dowiedzial sie, ze o najlepszej potrawie jaka kiedykolwiek jadlam, to on na to: ” no, dla mnie najpyszniejsza postrawa jest robiona przez Ciebie, Joan, fasolka szparagowa z bulka tarta. Prosta potrawa ale jaka pyszna. Czy to typowe polskie danie, bo nigdzie indziej tego nie probowalem?”

Pare lat temu, gdy wyjezdzalam sluzbowo za granice, wraz z innymi uczestnikami projektu urzadzalismy miedzynarodowe wieczorki z daniami narodowymi. Na wielkim stole pojawilaly sie smakolyki z wielu krajow swiata (najczesciej Europy), za przygotowanie ktorych odpowiedziali byli przedstawiciele danego panstwa. Zazwyczaj byli to mlodzi ludzie lub ich nieco starsi opiekunowie. Nie jestem w stanie opisac, co do tej pory probowalam, bo bylo tego mnostwo. A co najbardziej mi posmakowalo? Do konca zycia nie zapomne smaku mietowej herbaty z Maroka, ktora sprobowalam we Francji. Przygotowala ja moja znajoma, muzulmanka z Maroka, mloda dziewczyna, zakrywajaca twarz piekna chusta. Herbata byla podana w niezwykle bajkowym czajniczku, ktory postawila w jakims niepozornym miejscu posrod kolorowych salatek i francuskich serow. I prosze sobie wyobrazic, ze akurat do tej herbaty ustawila sie najdluzsza kolejka i kazdy ja kazdemu polecal. Swieza mieta podana z przyprawami i zalana swieza woda, w specjalnym czajniczku. Zaluje, ze sposob przyrzadzenia tego krolewskiego naparu uciekl mi po latach z glowy…

P.S. Podczas pisania tego postu moj zagraniczny malzonek dopytywal sie o czym pisze. Gdy dowiedzial sie, ze o najlepszej potrawie jaka kiedykolwiek jadlam, to on na to: ” no, dla mnie najpyszniejsza postrawa jest robiona przez Ciebie, Joan, fasolka szparagowa z bulka tarta. Prosta potrawa ale jaka pyszna. Czy to typowe polskie danie, bo nigdzie indziej tego nie probowalem?”

Coraz częściej, na plaży można spotkać chłopaków, którzy sprzedają kukurydzę. My skusiliśmy się na taką ekstrawagancję. I nie żałujemy!;P Warzywko to smakowało każdemu, po prostu wszystkim! Kukurydza sama w sobie jest słodziutka, z delikatnym posmakiem masełka. Leciutko osolona, zaledwie muśnięta solą. Coś wspaniałego!!! Od tamtego momentu zajadamy się pamięcią smakowitych dni.

Miejsce gdzie pierwszy raz spotkałam się z żurkiem w chlebku i zostałam nim oczarowana, czyli zajazd ze strusiami w jakimś lesie. Wspomnienie z dzieciństwa więc nawet nie mam pojęcia gdzie to było :D

A także

W bardzo nastrojowej kawiarence (tak nastrojowej, że okna były pozasłaniane i delikatne oświetlenie padało tylko tu i ówdzie oraz wieele dygoczących na szeptach świeczek). Miejsce tak magiczne, że nie da się opisać słowami. A smak jaki mi się z nim kojarzy to gorąca gruszka w sosie waniliowym. Woń unosząca się od potrawy to nie tylko wyraźna wanilia, ale także goździk i cynamon który opanowywał całe pomieszczenie, zaostrzając innym apetyt na tą małą pokusę :)

Nigdy nie zapomnę podróży do Słowenii. Samochód, 4 osoby, od 2 dni w drodze, z przygodami – zerwany zderzak, brak gazu na stacjach benzynowych. Upał, tęsknota za prysznicem, wodą, czymkolwiek mokrym. Kierowca nerwus, wyjątkowo jeszcze bardziej nie w humorze, drący się na wszystkich o wszystko. Pokłóceni, zwarzone humory, mający ochotę rzucić podróż w diabły i wracać do domu.
I w końcu dojechaliśmy na wybrzeże. Poszliśmy popływać, wracamy a tam… nasz kierowca, z olbrzymim arbuzem, kupionymi specjalnie na bazarze łyżkami, kroi ten wielki owoc na pół i mówi: „To na przeprosiny. Szamamy?”.
Nigdy i nigdzie nie jadłam niczego, co dałoby mi więcej radości! Ten arbuz, jedzony na spółkę czterema łyżkami, zimny, soczysty (w Polsce nie udało mi się takiego nigdy kupić), z widokiem na zimne, pluszczące fale i świadomość, że każdy błąd można naprawić. Choćby arbuzem ;)
Dziś, gdy jeżdżę z moimi malutkimi dziećmi, zawsze się staram, by kulminacyjny moment zmęczenia zwalczyć czymś smakowitym :)

Dla mnie żywym wspomnieniem był turecki kebab. Lecąc do Turcji myślałam o nim.. jaki jest, jak smakuje, jak wygląda ten prawdziwy ;-)
W Polsce mówi się, że ten prawdziwie turecki jest na talerzu.. a tam okazało się przeciwnie.. Kebab jest w postaci „naszego” rollo.. z pysznym drobiowym mięsem, świeżą surówką, papryką gruboziarnistą solą oraz pieprzem.. Bardzo mi posmakował i jest to między innymi potrawa która kojarzy mi się z Turcją.. a do tego przepyszne lody z mleka koziego.. ich podawanie jest po prostu genialne! Pan „lodziarz” bawi się klientami.. przed podaniem lodów w budce.. trzeba się natrudzić by je otrzymać.. aby to zobaczyć.. załączam filmik!
http://www.youtube.com/watch?v=GbRCuN33TSg
pozdrowienia!!

Cztery lata temu wybraliśmy się z przyjaciółmi na Krym. Wyprawa była bardzo długa – jechaliśmy tam przez 2 dni. Najpierw pociągiem z Poznania do Warszawy, następnie autokarem do Lwowa, pociągiem 24 godziny na Krym, a tam jeszcze 1 godzinę busem do hotelu.
Dotarliśmy na miejsce padnięci, ale i podekscytowani. Przywitała nas upalna pogoda – 42 stopnie w cieniu. Na szczęście taki upał utrzymał się jeszcze tylko przez 2 dni, bo w przeciwnym wypadku chyba bym tam nie wytrzymała dwóch tygodni. Jednak ten trzydniowy skwar dokuczał nam niezmiernie, dlatego z Krymem do końca życia będzie mi się kojarzył smak arbuzów, które pochłanialiśmy w niezliczonych ilościach – z wiadomych powodów :P Idealnie zaspokajały one pragnienie, a w dodatku miały niesamowity słodki smak. Już nigdy więcej o d tamtej wyprawy nie jadłam tak smacznych arbuzów… A i sposób ich sprzedaży był dość specyficzny – zaraz przy ruchliwych drogach.
[img]http://kotlet.tv/wp-content/uploads/2011/08/arbuzy.jpg[/img]

A ja zawsze pamiętam taki sosik z ziemniaczkami mojej mamy. Nie raz próbowałam sama go robić, ale u mnie wychodzi inny w smaku i kolorze. Moja mama robi taki sosik z mięskiem i do tego gotowane ziemniaczki(nie tłuczone) – pycha!!! Wiem, że mięsko – łopatka, schabik czy karkówka – podsmaża się, dodaje wody, a później przyprawia, chodzi o wydobycie takiego aromatu (jak te wszystkie zagęszczacze, co dobrze smakują i są nie zdrowe :P) i kolorku jak z obrazka ;) oczywiście mama tam daje same naturalne składniki, ale i tak tylko ona robi taki sosik.

W tym roku kończy się pewien etap mojego życia… Przez ostatnie 6 lat mieszkałam w Korei Południowej a teraz przyszło mi się wyprowadzić.
Będę tęsknić nie tylko za przyjaciółmi ale i za jedzeniem. Wprawdzie będąc w Korei tęskniłam za bigosem i pierogami, i często gotowałam coś na kształt i podobieństwo „naszego” jedzenia ale poznałam też wiele niesamowitych smaków (głównie ostrych :P). Bo kuchnia koreańska to nie tylko ryż i warzywa. Szybkie w przygotowaniu i niesamowite w smaku posiłki Koreańczycy zawdzięczają przede wszystkim gamie przypraw. Półwysep koreański z trzech stron otoczony jest wodą, dlatego ryby i owoce morza są wszędzie…
I tu zbliżam się do potrawy która już zawsze kojarzyć mi się będzie z małą, głośną knajpką gdzieś w Seulu i roześmianymi buziami moich przyjaciół, którzy mieli niezły ubaw patrząc jak jedzenie dosłownie ucieka mi z talerza! Wtedy to po raz pierwszy zjadłam 산낙지 (Sannakji) czyli małą, żywą ośmiorniczkę. Żywą? tak żywą. Przed restauracjami znajdują się olbrzymie akwaria w których pływają różne stwory. Należy pokazać kucharzowi co się chce a on przyrządza danie w kuchni. Jeżeli chodzi o ośmiorniczkę – to za wiele się człowiek nie napracuje. Kroi tasakiem na mniejsze kawałki i przynosi na stół. Ośmiornica wije się jeszcze przez jakieś pół h po pokrojeniu. Ucieka z talerza i wędruje po stole, potrafi przyssać się do pałeczek albo języka, albo podniebienia. Kiedy zobaczyłam co zamówili mi przyjaciele pomyślałam „Będę połykać” – znajomi od razu wybili mi to z głowy dostarczając mi dodatkowej adrenaliny; jedząc macki ośmiornicy należy dobrze pogryźć przed połknięciem, w przeciwnym razie mogą przyssać się do gardła i ryzykant może się udusić. ja pogryzłam dobrze, smak był dziwny – trochę gumiasty ale orzeźwiający ale najważniejsze że zabawa była dobra. Wszyscy goście i kucharze i kelnerki zleciały się by oglądać „białą” jedzącą ośmiornicę. I jak mogłabym jej nie zjeść?
Później próbowałam jeszcze wielu różnego typu przysmaków koreańskich ale wolałabym nie wymieniać ich nazw. (nie chciałabym mieć obrońców zwierząt na karku) Bo w podróżowaniu przecież o to chodzi, by doświadczać nowych kultur i smaków, prawda? We wrześniu zaczynam nowy etap, w Chinach – ciekawe co tam na mnie czeka?!

Kiedy byliśmy z dziewczyną i jej bratem w Chorwacji próbowaliśmy wielu smacznych rzeczy. Między innymi były to pizza (na bardzo cienkim spodzie, z ogromną ilością sera – czyli tak jak lubię najbardziej), gęste lody z maszyny, napoje zrobione ze zmrożonych soków różnego koloru, egzotyczne owoce, których w Polsce nigdzie nie widziałem…
Jednak największym smakowym zaskoczeniem dla mnie (oczywiście pozytywnym) był burek. Jest to rodzaj placka przygotowanego z ciasta francuskiego z różnym nadzieniem. Próbowałem z mięsem, warzywami i serem, ale najbardziej smakowało mi to ostatnie nadzienie :P

Burek z serem to coś, co już zawsze kojarzyć mi się będzie z Chorwacją, choć wiem, że można go skosztować również w innych krajach. Osobiście polecam go z całego serca :D

  • krakowianka_jedna

Postanowiłam napisać kilka słów podsumowujących moje kulinarne wrażenia wyniesione z niedawnej podróży po środkowo-zachodniej części Stanów Zjednoczonych (tzw. Midwest) – przede wszystkim z nadzieją, że uda mi się „odkłamać”, choć po części, mity, jakie narosły w naszej zbiorowej świadomości wokół amerykańskiego jedzenia. Hasło „amerykańska kuchnia” często jest przez nas kwitowane pogardliwym hasłem „hamburgery i frytki”, a jest to postawa wielce krzywdząca.

Od czego zacząć? Powiedzieć, że USA to tygiel kulturowy, to truizm. Jednak w przypadku kuchni Stanów Zjednoczonych truizm ten nabiera szczególnego znaczenia. Tradycje ze wszystkich stron świata splatają się w potrawach, które zostały „przywiezione” przez przodków współczesnych Amerykanów do ich nowej ojczyzny, a które ich dzieci i wnuki modyfikowały, urozmaicały, upiększały… Środkowy Zachód USA jest szczególnie naznaczony wpływami kuchni skandynawskiej i niemieckiej – niektórzy twierdzą, że to surowy klimat stanów takich, jak Minnesota, zachęcał przybyszów z północy Europy do osiedlania się właśnie tam. To zabawne i poniekąd wzruszające, że nie chcieli oni uciekać od znanych sobie, skandynawskich klimatów, na taką słoneczną Florydę na przykład – ale wybierali ten rejon Ameryki, który przypominał im rodzinne strony.

Smaki, które zapamiętałam najlepiej, to:
– amerykańska wołowina: soczysta, miękka, aromatyczna, nie do porównania z wołowiną, którą kupujemy w naszych sklepach. Przyrządzone z niej steki i domowe burgery (ze szczyptą podsmażonej cebulki i posiekanego bekonu w środku placka z mielonego mięsa) są przepyszne. Podobno wszystko sprowadza się do… krów – te, które hoduje się na ubój w Ameryce, to tzw. longhorns, brązowe lub brązowo-białe krowy z dłuuugaśnymi, powykręcanymi rogami :)

– puszyste biszkopty śniadaniowe polane białym, kremowym sosem, przygotowanym na bazie… kiełbasy – podduszonej, do której dodaje się następnie mleko (lub śmietanę), zagęszcza mąką, doprawia świeżo zmielonym pieprzem… Bomba kaloryczna, ale za to jaka pyszna!

– cinnamon rolls, czyli zwinięte w kształt ślimaczków pulchne bułeczki o wnętrzu wysypanym cynamonem, polane lukrem

– bekon: chrupiący, kruchy, pozbawiony najmniejszych nawet pasm tłuszczu: śniadanie, kiedy na talerzu położy się plasterek lub dwa takiego bekonu, nabiera zupełnie innego smaku :)

-corndog- ukochany przysmak mieszkańców stanu Iowa: kiełbaska z wołowiny nabita na patyczek, następnie na oczach zamawiającego zanurzana w kukurydzianym cieście i smażona (cały czas trzymamy za patyczek), czasem podawana z salsą z pomidorów z dodatkiem przypraw, czasem z sauerkraut, czasem z piklami

– purre ziemniaczane, które na Środkowym Zachodzie, po ugotowaniu i utłuczeniu bądź zmiksowaniu ziemniaków, zapieka się w piekarniku pod pierzynką z sera żółtego, czasami z dodatkiem mleka, które nadaje mu kremowej konsystencji i delikatności

– i na koniec absolutna perełka: wina z Dakoty Południowej, do produkcji których wykorzystywane jest całe bogactwo ogromnych lasów porastających tę część Ameryki: jeżyny, borówki, maliny. Nigdy nie sądziłam, że z owoców jagodowych można uzyskiwać tak wspaniałe wina. Słodkie, ale nie tandetne w smaku. Równie popularne są tam wina z rabarbaru lub moreli. Winiarnie wyrastają przed turystą niespodziewanie, po przemierzeniu setek mil prerii, i oferują degustację za darmo :)

Uff, rozpisałam się, ale może, oprócz kotletowego Jury, ktoś jeszcze dotrwa do końca tego wpisu :) Zachęcam wszystkich do odwiedzenia tej części USA – przede wszystkim ze względu na niesamowitą przyrodę, gościnność mieszkańców, i domowe smaki, wśród których każdy znajdzie coś dla siebie. Dla tych, którzy boją się kalorii – zapewniam, że w każdym miasteczku działają tzw. targi farmerskie, gdzie bez problemu można kupić świeże, pyszne, zdrowe warzywa i owoce, a potem je zjeść i rozgrzeszyć się ze spałaszowanego wcześniej steku :)

Pozdrawiam

Jest jeden smak, który nieodłącznie kojarzy mi się z wakacjami nad morzem w Pobierowie. Byłam tam raz, z dziadkami jako mała dziewczynka. Byliśmy tam w FWP (to był chyba Fundusz Wakacji Pracowniczych :)). W takim starym dużym ośrodku z mnóstwem starszych ludzi dookoła… A ja mała dziewczynka razem z siostrą, na szczęście. Ale przechodzę do sedna. Na stołówce kilka razy na obiad podano nam łazanki i jest to smak, który cały czas czuję, ale nie potrafię go odtworzyć :( Nie mam pojęcia jak połączyć kluski, cebulkę i kiełbaskę żeby osiągnąć taką rozkosz dla podniebienia. Prawdopodobnie było tam coś jeszcze. Ale nie wiem co. Za każdym razem jak myślę o wakacjach to właśnie czuję te wspaniałe łazanki…

Mnie jeszcze urzekła we Włoszech pizza. Nie jestem fanką pizzy w Polsce. Rzadko jadam, a jeśli już to rzadko z prawdziwym zachwytem. We Włoszech postanowiłam spróbować pizzy, bo to w końcu włoskie danie. I rozpłynęłam się, kiedy spróbowałam calzone z szynką parmeńską, świeżą bazylią i mozarellą!!! najpyszniejsza i najbardziej aromatyczna pizza jaką jadłam w życiu! Po rozkrojeniu wylał się ze środka smakowity sosik z szynki, sera i ziół. Buchnęło aromatem prosto w nos a ja siedziałam oniemiała z zachwytu.

Potem oczywiście pochłonęłam pizzę co do okruszka.
W ogóle Włochy to dla mnie kopalnia odkryć kulinarnych – najpyszniejsze lody w Genui nad morzem, najpyszniejsze gnocchi w sosie serowym w Rio Maggiore, najpyszniejsza focaccia też w Genui, wspaniała mortadela w Bolonii (tak tak mortadela to wspaniała wędlina włoska, nie wiem czemu w Polsce mortadelą nazywa się takie jakieś nie do końca smaczne paskudztwo!), cudnie delikatna panna cotta we Florencji, niesamowita kawa na każdym rogu i rukola dodawana do kanapek. Tydzień we Włoszech to było prawdziwe rozpasanie kulinarne!!!

och, przeczytałam wpis Tommy’ego – tak burek jest pyszny!!! I prawdziwy burek jest tylko z mięsem. Inne – z nadzieniami owocowymi, z serem, ze szpinakiem lub warzywami to pita. Lub gibanica – gibanica z serem to moje ulubione jadło z Serbii.

No i w Serbii jeszcze są pyszne pljeskavice – takie hamburgery serbskie. Bo to nie Ameryka wynalazła hamburgery, to Serbowie je wynaleźli i zawieźli do Stanów!!! Pljeskavica, to kotlet mielony (ale mielony wyjątkowo drobno) ze świeżą cebulą i grillowany w bułce pszennej, przekładany różnego rodzaju premazami (coś jak smarowidło – na przykład puree z ziemniaków, pasty różnego rodzaju) i sosami (ketchup, majonez, musztarda, urnebes – czyli piekielnie ostry sos!!!mniam mniam). No powiem że uwielbiam pljeskavice!!!

Witam ;) Mam Dwie potrawy które zapamiętałem z dwóch miejsc. Pierwszym Jest Bez wątpienia Gazpacho które pachniało świeżymi pomidorkami i czosnkiem no po prostu BAJKA ;) ze stron Słonecznej Hiszpanii ;) , A druga to Musaka , w której czuć było przypieczony bakłażan , mięsko no i wiele przypraw ale , co mnie zdziwiło cynamon , które w połączeniu z bakłażanem smakowało obłędnie a wszystko było polane sosem beszamelowym Ojej ;) pycha.

Pozdrawiam , Maciek ;)

Acha i zapomniałem dodać że danie pochodzi z Grecji. ;)

Nie musiałam wyjechać w daleka podróż, żeby poznać smak nadzwyczajnych…. zapiekanek.
Moje miasteczko wciąż mnie zaskakuje :) w co niedawno odnalezionej bardzo przytulnej restauracji miałam okazje skosztować zapiekanki…ale to jakiej ZAPIEKANKI!!!
Świeżutka bagietka, zapach pietruszki, drobniutkie pieczarki posypane delikatnym serem. W przyjaznej atmosferze smakowało jeszcze lepiej.
Któż by pomyślał, że smak zwykłej zapiekanki można pamiętać tak dłuuugo…:)

Witam =)
Tegoroczne wakacje spędziłam po drugiej stronie Tatr, tzn. na Słowacji. Po jakże długich (ok.10h/dzień) oraz pasjonujących wycieczkach górskich nadchodził czas na późny obiad. Razem ze znajomymi postanowiliśmy każdego dnia próbować dania tradycyjne dla tamtejszej kuchni. I mimo słyszanego powszechnie poglądu, który głosi, że kuchnia Słowaków oparta jest wyłącznie na monotonnych potrawach mącznych, my bacznie studiując menu odkrywaliśmy kulinarne cuda Słowacji, a jest ich nie mało. Począwszy od langosza (prezentowany na portalu) kupionego w budce tuż przy stacji kolejki zwanej elektriczką, a skończywszy na poezji smaku, jaką była odmiana haluszków (rodzaj kluseczek)! Restauracja, w której typowe dania wzbogacono o nowe składniki, przekonała nas, że haluszki nie zawsze muszą być bryndzowe i z dodatkiem kwaśnej śmietany oraz tłustych skwarków. Te elementy zastąpiono soczyście zielonym i przede wszystkim świeżym szpinakiem, a zamiast tłustych kąsków, podano chudą i wędzoną szynkę. Mimo że od czasu tego pamiętnego obiadu upłynęły jakieś 2 tygodnie, to nadal smak potrawy „językiem” wyobraźni można poczuć. =)

Wiele różnych smaków napotkałam, ale ten był najprzedziwniejszy. W cukierni w Rumunii koleżanka wypatrzyła lukrowaną, zieloną (jak należy) żabę. Wg opisu ulepioną z masy czekoladowej. Kupiłyśmy ich kilka, zaczęłyśmy jeść – a tu niespodzianka. Żaba była z masy czekoladowej, a jakże, pomieszanej z solą i kminkiem :) Ale lukier był pyszny.

Z kuchni rumuńskiej polecam za to zupy – ciorby – np ciorba de burta (zupa z zoladka-chyba), czyli flaczki :) Przepyszne i smakowaly nawet najzacieklejszym wrogom flakow :)
I krem z kasztanów, i smażone ciasteczka serowe z dżemem, rozmarzyłam się :)

Wyjazd do Berlina na Weinachtsmarkt 2007. Cudeńka dla oka, ucha, żołądka i portfela:) Z tego wyjazdy zapamiętałam najbardziej zupę (3,60 E) Scharfsuppe- diabelnie ostra i piekielnie dobrą od tamtego czasu przygotowuje ja w domu a nazywam po prostu cygańską albo gulaszową. Porcja takiej ostrej słodko-kwaśno-pikantnej zupki konsumowana w wypalanej miseczce przy 20 stopniowym mrozie była niczym balsam dla duszy. Do tego szklaneczka gorącego Glaswein- gożdziki- których nie cierpię były ….aromatyczne i chipsy ze sklepu za ktore dałabym sie pokroic

Co roku z rodzinką jeździmy do Sierakowa. Jest to śliczny i dość kameralny ośrodek letniskowy nad pięknymi jeziorami. Choć jeździmy tam od wielu lat, to dopiero od kilku można zakupić cudowne lody sprzedawane gałkami. Jest ich tak niezliczona ilość smaków, że można dostać zawrotów głowy, gdy trzeba się zdecydować na jedną :P
W tym roku zasmakowały mi : sezamowa, sernikowa i mieszana czarna czekolada z białą!!!
Lody te są bardzo gęste, a gałki spore. Więc jeśli na lody, to tylko do Sierakowa :D

Gdy pytają mnie… :) … jakie danie zapamiętałam z wakacji, moje kubki smakowe natychmiast przywołują wspomnienie smaku chorwackich sardeli, grillowanych prosto po wyciągnięciu z rybackiego kurta. To wspomnienie jest dla mnie koronnym dowodem na to, że najprostsze rzeczy są najwspanialsze. Ale pozwólcie, że opowiem: pewnego wieczora wybraliśmy się na spacer w mieścinie niedaleko Trogiru, z oddali dobiegły nas dźwięki radosnej muzyki. Trudno się było zorientować co dzieje się w niewielkim porcie i dlaczego jest tam tak dużo ludzi. Gdy nieco się zbliżyliśmy odpowiedź podsunęły nam nasze nosy. Otóż do portu zawinął kuter rybacki z chorwackimi rybakami, którzy naprędce rozstawili wielkie paleniska i rzucili na ruszt świeżo złowione sardele. Ludzie tłoczyli się by dostać talerzyk z kilkoma sardelami (5-7 sztuk) i pajdą chleba i my stłoczyliśmy się również. Porcja kosztowała grosze, może 3-5zł, ale uczta była wspaniała, chwyciwszy swoje talerzyki umknęliśmy na pobliską plażę spowitą mrokiem gdzie oddaliśmy się smakowaniu przepysznych, grillowanych sardeli obserwując w oddali radosny tłum tonący w aromatycznym dymie i dźwiękach skocznej muzyki. Może tak by się nie wydawało z opisu, ale dla mnie było bardzo romantycznie :) Załączam zdjęcie. Widać na nim kuter, widać uwijającego się rybaka z białą przepaską na czole, widać na prędce skleconą ławkę z deski i dwóch betonowych kloców, widać radosny tłum i tą aromatyczną chmurę dymu. Przy dłoniach rybaka podskakuje wesoło ogień z rusztu i wierzcie lub nie, ale ja słyszę muzykę :).
[img]http://kotlet.tv/wp-content/uploads/2011/08/sardele.jpg[/img]

I jeszcze jedno zdjęcie, z mistrzami kuchni i z głównymi aktorami tej sztuki – sardelami.
[img]http://kotlet.tv/wp-content/uploads/2011/08/sardele2.jpg[/img]

Jeszcze zapomniałem napisać Jednego dania Które jadłem w tym roku w Portugalii . Jest to Migas , choć było to z jakimiś liśćmi yyy.. chyba Jarmużu , ale podobno można to można zrobic z brokułem. Jest niesamowicie smaczne , ma taki specyficzny smak , to chyba przez te liście było to z orzeszkami , ale nie pamiętam jakimi , czy pinii czy laskowymi , ale co za różnica hihi ;) No to chyba tyle z potraw które zapamiętałem z Wakacyjnych podróży ;)

Pozdrawiam Maciek ;)

Danie, które sprawia, że co roku aż chce się na nowo wrócić w góry, to nic innego jak prawdziwa, góralska kwaśnica. Za nic w świecie nie potrafię odtworzyć tego smaku w mojej gdyńskiej kuchni.
W tym roku w Zakopanem jadłam chyba najlepszą kwaśnicę na świecie. Była przepyszna – bardzo kwaśna, klarowna, pływały w niej małe kawałeczki ziemniaków i nitki kiszonej kapusty, oraz dość spory, aromatyczny kawałek wędzonki :). Po prostu niebo w gębie dla zmęczonego górską wędrówką turysty. Kwaśnica, którą jedliśmy z narzeczonym w góralskiej karczmie regionalnej smakowała jeszcze lepiej, kiedy w tle przygrywała góralska kapela. Nie mogę się doczekać zimowego wypadu na narty, wtedy znowu będę mogła zjeść prawdziwą kwaśnicę!
Pozdrawiam, Ola.
[img]http://kotlet.tv/wp-content/uploads/2011/08/kwasnica.JPG[/img]

Hmm… Czechy, Włochy.. oj tam, oj tam.. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej ;) . Moje serce podbiły.. prażaki ;D Zachciało mi się jagód, no to na rower, po koleżankę i w las. Kilka godzin w lesie, masa pamiątek po komarach a jagód.. wstyd wspominać ;D . No ale po powrocie poszłyśmy na obiad do koleżanki babci. No i nam wyczarowała jak to ona woli mówić „prażuki” . Do tego szklanka mleka prosto od krowy i mimo tych swędzących bąbli czułam się jak w niebie ;) . Ach te uroki polskiej wsi.. ;D

A gdyby ktoś był ciekawy :
Ugotowane ziemniaki ( mogą być pozostałości z obiadu) obficie posypać maką, dodać soli, pieprzu do smaku- no i oczywiście skwarki ;) Podlać odrobiną wody no i dobrze wymieszać. Potem na Patelnię z tłuszczem i smażymy . Przepis oczywiście od koleżanki babci ;D . Smacznego !

Kulinarnym odkryciem wakacyjnym był dla nas deser, którym zajadaliśmy sie podczas podróży poślubej na jedną z greckich wysp. Był obecny w karcie każdej restauracj! Do tej pory zresztą wspominamy go mile i czasami robimy, by przywołać wspomnienia tamtych chwil. To zimny jogurt grecki polany obficie miodem, posypany świeżymi slodkimi winogronami! Niby proste, ale smakuje wybornie. Szczerze polecam :)
[img]http://kotlet.tv/wp-content/uploads/2011/08/PICT0539.JPG[/img]

Ja nigdy nie zapomnę posiłków mojej mamy w Chorwacji:
śniadanie: owoce morza
obiad: owoce morza
deser:owoce morza
kolacja:owoce morza

Coś strasznego;P

A ja opiszę wyjazd wakacyjny, ale na wesele do kuzynki mojej mamy. Jak byliśmy mali, uwielbialiśmy wyjazdy do prababci do Studzianny – swojski chleb, prawdziwe wypieki, mleko od krówki i kury biegające po podwórku, a wokoło sama zieleń – coś wspaniałego.
To było wesele, które zapamiętamy jako najlepsze z możliwych – pewnie już takiego nie zobaczymy – gości ponad 200, z czego 1/3 – rodzina Panny Młodej, 1/3 rodzina Pana Młodego i 1/3 to ich sąsiedzi. Ślub w przepięknym kościele w Poświętnym (szliśmy piechotą ze Studzianny) i tamże wesele w pobliskiej szkole. Nie będę opisywać jak się bawiliśmy (a zabawa była przednia, po której każdy z gości miał zagwarantowany nocleg pod pierzynką u jednego z sąsiadów) bo w końcu chodzi tu o smakowe wspomnienia…

Poza:
– swojskimi szynkami, swojskimi kiełbasami, kaszanką, białą parzoną, przepysznymi zupami (rosół, strogonoff albo gulaszowej, barszczu na świeżych buraczkach), kurczakami pieczonymi, smakowitymi innymi daniami mięsnymi z sosami – mięskiem prosto od rzeźnika
– kluskami śląskimi, ziemniaczkami świeżo zebranymi z pola, swojskimi pomidorami, ogórkami i innymi warzywami z okolicznych szklarni, które tworzyły wspaniałe surówki i sałatki
– swojskim bimberkiem :D (do którego same panie stały w kolejce)

najprzepyszniejsze (bo w końcu jestem słodkim łasuchem) były CIASTA
Do wyboru do koloru! Rolady z galaretką i kremem, serniki, jabłeczniki, biszkopty .. hmm… aż mi ślinka cieknie… Jedzenia po poprawinach (a więc 2 dni po ślubie) zostało jeszcze na jedno wesele.. Prawie cały wóz (a raczej chłodnia na kółkach) pełen swojskich wędlin i kiełbas został rozdany gościom – każda para zaproszonych gości dostała po 1kg kiełbaski i innych smakowitościach.
Mąż mi podpowiada, że najlepszy był 3 dzień z rana, kiedy ciocia przyniosła swojskie pomidorki i rozrobiła je ze swojską śmietaną czy zsiadłym mlekiem (nie pamiętam, bo m zjadł wszystko sam:D )… nic mu więcej nie trzeba było do szczęścia :)

Jak tylko znajdę zdjęcie tych pyszności z wesela (a były robione jakieś 4-5 lat temu) to może zdążę je dzisiaj dodać, jeśli nie – to może chociaż po konkursie :)

a gdzie dania z królika?