Mamy dla Was książki „Lunch w Paryżu”


Dzisiaj zapraszam Was do kolejnej miłej zabawy. :) Tym razem mamy dla Was pięć egzemplarzy książki "Lunch w Paryżu". Książka jest idealna do czytania (polecam naszą recenzję) w każdej chwili, miła, lekka i... z przepisami. :) Zabawa jest również sympatyczna.

Co dla Was mamy

Książki, książki, książki. :) Przygotowaliśmy pięć egzemplarzy książki "Lunch w Paryżu" wydawnictwa Bukowy Las. Książka, jak już wspomniałam, jest naprawdę świetna, może troszkę "babska", ale przede wszystkim ma wiele smakowitych przepisów. Tłem dla przepisów (z kuchni francuskiej) jest historia młodej Amerykanki, która wybiera się do Paryża i przeżywa zauroczenie nie tylko drugą osobą, ale też tamtejszą kuchnią.

I właśnie do przygód na wyjazdach, miłych czy zaskakujących wspomnień, będzie nawiązywać nasza dzisiejsza zabawa. :)

Co trzeba zrobić

1. Na Facebooku polubić BukowyLas (który wydał tę książkę) albo napisać u nich na tablicy, że gracie o książkę (co Wam wygodniej) ;-)

2. A tutaj w komentarzu napisać o swoim miłym wspomnieniu z podróży, zaskakującej historii, spotkaniu itd. Pełna dowolność. Opowiastka może być całkiem krótka albo długa, ma być miło, zaskakująco i zabawnie. :) Możecie napisać, ile tylko Wam przyjdzie do głowy historyjek, czy zmyślonych – jak chcecie. :)

Czas od dzisiaj do wtorku 10 maja do północy. Ilość nieograniczona. :) Wyniki w środę wieczorem, wybierzemy 5 osób, których komentarze nam się wyjątkowo spodobają, rozbawią nas lub w innym stopniu będą naj oraz spełnią pkt. 1.

Miłej zabawy! :))

Paulina Stępień

kotlet.tv

Dodaj komentarz

Komentarze: 42

Była to jedna z moich jazd na kursie na prawo jazdy. Razem z instruktorem miałam podjechać po następnego kursanta i odwieźć się do domu.

Zaczął lać deszcz. Podjechałam na umówioną zatoczkę autobusową, tam czekał na nas chłopak, który zaraz po mnie miał mieć jazdy. Usłyszałam trzaśnięcie tylnych drzwi i skupiona wyjechałam z zatoczki. Po drodze rozmawialiśmy jeszcze z instruktorem, a ja dziwiłam się, że chłopak się do nas nic nie odzywa.

Pod domem wysiadałam właśnie z auta, gdy spostrzegłam, że na tylnym siedzeniu jest tylko kurtka tego chłopaka. Okazało się, że delikwent tylko ją zostawił na tylnym siedzeniu i chciał się od razu przesiąść za kierownicę. Gdy zmierzał do drzwi kierowcy ja odjechałam (przekonana, że siedzi z tyłu) zostawiając go bez kurtki, na deszczu, na niezadaszonym przystanku.

Kasieńka miała może z półtora roczku, kiedy to chciała wraz z bratem, starszym od siebie o 4 lata pobawić się klockami. Podbierała mu kolejno jeden po drugim, a ten zabierał je z powrotem i chował. Rodzice stali w progu i obserwowali. Po pewnym czasie mała Kasia poszła spokojnie do kuchni, wyjęła z szuflady pokrywkę od garnka i jak gdyby nigdy nic wróciła do pokoju. Starszy brat siedział na podłodze i patrzył z zaciekawieniem, co też ta mała kombinuje. Rodzice równie zaciekawieni, niczego nie podejrzewając stali i patrzyli, czekając na dalszy przebieg wydarzeń. Kasieńka podeszła do brata i z pełnym impetem przywaliła mu pokrywką w głowę. Jakież było zdziwienie i jego i rodziców. Po incydencie, kiedy to już brat uciekł z płaczem z pokoju, ta spokojnie usiadła przy klockach i zaczęła się bawić :D

Jemy kolacje i nagle słyszęz kuchni glos mojego braciszka, chce popiejone pomidory. Ja oczy w piec zloty i pytam:
-jakie popiejone????
-no normalne – odparl synus
po kilku tlumaczeniach ze nie ma popiejonych pomidorow synek zaciaga mnie do kuchni i mowi:
– na stole lezy pijep, popjep mi pomiodry
chodzilo o pieprz :D

Opowiem może historię poznania się moich dziadków.

To był chyba rok… 58? Babcia wyjechała na wakacje z przyjaciółkami. Nie była duszą towarzystwa ,a reszta pań zabrała ją ze sobą tylko ze względu na umiejętnośc gotowania. Przecież wszyscy kochali jej serniki, tarty, pierogi i inne potrawy.
Podczas, kiedy one wychodziły do miasta ,żeby poznac jakiegoś przystojniaka babcia Hela zostawała w niewielkim domku letniskowym pichcąc coś na wieczór. Pewnego dnia kolezanki długo nie wracały. Chciała iśc je poszukac, ale przecież na gazie stały powidła. Zdecydowała się jednak pójśc na zwiady. Pzygotowując się do wyjścia poczuła nieprzyjemny zapach spalenizny. W korytarzu kłębił się czarny dym ,a okna zalała fala ognia. Nie było odwrotu. Myślała ,że zostanie tam i już nigdy nie ujrzy swoich rodziców, ani nikogo innego. Próbowała się wydostac, ale sytuacja była naprawdę nieciekawa.
Po paru minutach paniki drzwi wejściowe wyłamały się. Babcia była na wpół nieprzytomna przez olbrzymie smogi dymu. Nagle nieznajomy mężczyzna ,który kompletnie wyglądem nie przypominał strażaka wziął ją na ręce i sam o mało się nie spalając wyniósł na zewnątrz. Paręnaście minut później przyjechała straż pożarna. Na drugi dzień Stefan , nieznajomy mężczyzna wyznał zauroczenie moją babcią i po 5-ciu latach wspólnego namiętnego pichcenia para pobrała się.
Tym właśnie sposobem tajemniczy Stefan jest moim dziadkiem.
Ot, historia o jedzeniu łączącym ludzi. Tylko w nieco innym wydaniu :>

A jak ktoś nie ma i nie chce posiadać konta na facebooku, a bardzo chce wziąć udział w konkursie, to co???
;)

Paulina Stępień

Al to bierze udział i się dobrze bawi :)

Dziewczyna hodowała pytona (pytony nie maja kłów jadowych, czy jak tam to się nazywa) . Wąż był już dość spory i nie trzymała go w żadnym specjalnym terrarium tylko luzem w mieszkaniu. Wąż snuł się w po domu, wylegiwał na meblach i parapetach.

Ale pewnego dnia przestał jeść. Po kilku dniach jego głodówki zaniepokojona właścicielka zabrała go do weterynarza. Ten obejrzał i powiedział, że wygląda na zdrowego. Koleżanka zabrała go do domu, ale sytuacja jeszcze przez kilka dni się utrzymywała – dalej nie jadł. Pewnej nocy obudziła się i zobaczyła go obok siebie na łóżku swojego węża wyciągniętego wzdłuż niej jak kij od miotły. W pierwszej chwili przestraszyła się, że zdechł, ale okazało się, że żyje.

Następnego dnia zabrała go znowu do weterynarza i opowiedziała, ze dalej nie je, a poza tym wspomniała o dziwnej sytuacji w nocy. Dzięki wyjaśnieniom weterynarza okazało się, że pytony właśnie w taki sposób mierzą czy są wystarczająco długie, żeby połknąć swoją ofiarę. : ) Łatwo się domyśleć, dlaczego przestał jeść…

Moja historia wydarzyła się na moim miesiącu miodowym na Krecie.

Po długich negocjacjach, świeżo upieczony mąż przekonał mnie do wodnego szaleństwa w postaci jazdy na bananie. Dodam, że w tamtym czasie jeszcze nie opanowałam techniki pływania, jedyne co mogłam zaprezentować to pływanie z pomocą deseczki bądź nogami po dnie :-D
Pełna dobrej woli wsiadłam na tegoż banana, nieświadoma jak to może być. Po pierwszej minucie strasznej adrenaliny, oczywiście sterujący motorówką musiał zrobić ostry zakręt przy którym wszyscy wpadliśmy do wody. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że w mojej głowie od samego początku kiełkował pomysł, że za żadne skarby nie puszczę się rączek i w ten sposób nawet jak się wywróci to później jak się sam odwróci to ja też będę na powierzchni. I tak też zrobiłam. Banan odwrócony do góry nogami ciągnął mnie pod wodą przez kilkanaście metrów. Gdy stanął w miejscu ciśnienie wypchnęło mnie na powierzchnię. Nie muszę mówić jak byłam spanikowana. Mój mąż strasznie się wystraszył po wypłynięciu, gdy wszyscy się pojawili na powierzchni oprócz mnie. Oczywiście wcale mi to nie przeszkodziło w tym, aby drugi raz wsiąść na ten piekielny wynalazek (chciałam zachować twarz i za wszelka cenę pokazać, że się nie boję). Po tamtym wydarzeniu obiecałam sobie, że nigdy w życiu nikt mnie już nie przekona do żadnych takich eksperymentów. Jak do tej pory się udaje choć już pływać potrafię :-)

Mała historia z dzieciństwa :-)

W przedszkolu był sobie taki chłopak o imieniu Grzesiek. Nie lubiłam go od samego początku. Ciągle się przechwalał, że umie na głowie stać i to i tamto. Wkurzał mnie okrutnie. Postanowiłam ukarać go. To były lata późne 80-te, w sali piec z paleniskiem. Podeszłam do pieca, wzięłam szufelkę, nabrałam popiołu po czym podeszłam do niego i ten to popiół wysypałam mu na głowę. Ot taka mała kara za bycie chwalipiętą :-) Pamiętam, że strasznie się rozpłakał, tak bardzo, że jego mama musiała interweniować. Cóż nie był chyba twardzielem. Od tamtej pory do końca podstawówki, już nigdy się nie chwalił w mojej obecności :-)

Pojechaliśmy z moim pięcioletnim synem do znajomych w odwiedziny. Misiek pomagał „cioci” w kuchni, ja rozmawiałam z resztą rodziny. Nagle słyszę dobiegający z kuchni głos: „- Mamo! Mamooo! Ja już jestem prawdziwym mężczyzną!”. Niepomiernie zaskoczona i pełna niejasnych przeczuć wkraczam do kuchni i widzę… mojego syna zajadającego przygotowany przez „ciocię” posiłek. Misiek, miedzy jednym kęsem a drugim wyjaśnił: „- Mamo, ja już jestem prawdziwym mężczyzną, bo jem jajecznicę prosto z patelni!”

:)

Miłe wspomnienie z podróży… Jako nastolatka uwielbiałam wyjeżdżać w bieszczady, to takie specjalne miejsce dla polskich Dzieci Kwiatów :D Piwo w Siekierezadzie, słuchanie kojących dźwięków gitary pod gwiazdami gdzieś na niedużym stoku pod namiotem. Krowa kradnąca ostatni bochenek chleba, jedyne co zobaczyłyśmy to ściereczka, na której leżał wystająca z krowiej paszczy. Eh, urok błądzenia po szlakach i orientowania się po dwóch kilometrach, że przeszło się na stronę Ukraińską…
W każdym razie moje ulubione wspomnienie połączone z osobistym zaskoczeniem związane jest z bardzo spontanicznym wypadem z malutkiego obozu na końcu kolejki wąskotorowej w Balnicy. Szliśmy godzinę wzdłuż torów modląc się by kolejce nie przyszło do głowy tamtędy jechać, bo nie bardzo było gdzie uciekać. W Cisnej oczywiście noc pod strzechą Siekierezady z koncertem SDMu. Mieliśmy wracać przed zmrokiem, ale towarzystwo było tak miłe, że nie było się jak oderwać. I tak o świcie musieliśmy skombinować sobie jakiś nocleg. Przytuliliśmy się więc do dwóch znajomych, było nas siedem osób w czteroosobowym namiocie, czterech chłopa przytulonych do siebie w jednej komorze i trzy babeczki w drugiej :D Rano obudził nas chłód przeszywający do kości i wrzask jakiegoś biedaga, który wyszedł rano na siku i wpadł gołym tyłkiem w pokrzywy :]
Eh, Bieszczady, tęsknię za wami!!! :]

ja pamiętam, jak byłam mała jechałam z mamą i siostrą pociągiem, była to dosyć długa droga(8h) dlatego umilała nam czas rozmowa z ludzmi z przedziału. W tym czasie jechali akurat żołnierze z KFOR, byłyśmy z siostą zaciekawione, szczególnie gdy wyjeli swoje przysmaki, mówią że je uwilelbiają i podgryzają sobie, a nawet wciągną cały słoik na raz, spytali się czy chcemy spróbować; Mama akurat była w toalecie, kiedy my rozochocone wziełyśmy zawartość słoika do buzi (nie całego, jedną cząstkę:)), a właściwie zdążyłyśmy je tylko rozgryść, kiedy to zawartość mojej buzi znalazła się na mundurze jednego z żołnierzy, miał pecha że siedział na przeciwko:)): potem to już było usilne błaganie o wodę, siostra zrobiła się czerwona, biegłyśmy jak oszlałe do ubikacji, okazało się że to były ostre papryczki jalapeno!:)) do tego prowadzi dziecięca ciekawość! od tamtej poy uwielbiam ostre potawy:))

historia ta miała miejsce dawno temu w gimnazjum na godzinie wyrównawczej z chemii:)
Ja i moja przyjaciółka uwielbiałyśmy wtedy lizaki (taka wszechobecna moda:), jednakże gdy zaczynały się zajęcia, niedojedzone słodycze wkładałyśmy do piórnika, a że byłyśmy ,,noga” z chemii, panii, która była przstrogą całego gimnazjum podjechała na swoim fotelu (taki miała zwyczaj, że prawie nie wstawała) w pięknym puchowym, białym sweterku do naszego biórka i w tej chwili ,,wdepła” w czerwoną kulę-lizaka mojej przyjaciółki, myślałyśmy że pękniemy ze śmiechu dosłownie! ona się nie zorientowałą i tak jeździła sobie po klasie z tą czerwoną kulką, aż wkońcu lizak spadł na ziemię z trzaskiem, a my….. dostałyśmy uwagii:)))
P.S. Ale oczywiście za to że całe zajęcia parskałyśmy ze śmiechu!:))

,,Nietypowa spowiedź:))”

Dawno, dawno temu wyjechaliśmy jak co roku na wyjazd z naszą młodzieżową grupą nad morze i był z nami Ksiądz(nasz dobry przyjaciel i kompan) Codziennie odbywały się Msze Święte, łono natury, piękne krajobrazy, morze…. no właśnie tu się zatrzymam:)) Akurat był pierwszy piątek, kiedy to nasz przeuroczy i prześmieszny Ksiądz R.- zawsze miał ciekawe pomysły, zabrał nas nad morze, a w drodze powrotnej stwierdził że będzie nas spowiadał. Więc wyobraźcie to sobie, że gdy nagle doszło do mojej kolejki, Ksiądz musiał iść na „stronę”, więc czekałam zarzenowana, aż wyjdzie z tych krzaków a potem mnie spowiadał w tych samych kąpielówkach (bo wcześniej wszyscy pływali), masakra, uwierzcie że nie byłam wstanie się spowiadać, tak się zbulwersowałam, no ale cóż to wkońcu były wakacje:)) A więc Ksiądz to też człowiek moi drodzy, choć często wydaje nam się to niemożliwe:))) teraz ta historia mnie bawi, ale kiedyś podchodziłam do tego będąc bardzo młodą osobą, strasznie poważnie:))

Spędzaliśmy wakacje na Helu,każde z nas osobno.Ale pośród tłumu zauważyliśmy się,chociaż nie zamieniliśmy ani słowa ze sobą.We wrześniu rozpączęłam studia w Warszawie i wynajęłam pokój z koleżanką.W tym samym bloku wynajął z kolegą pokój właśnie wysoki brunet z Helu.I dziś na pytanie kiedy się pierwszy raz zobaczyliśmy odpowiadamy ,że na Helu …a propos jesteśmy już 11 lat małżeństwem:)I to był naprawdę miły zbieg okoliczności;)

Paręnaście lat temu rodzice posłali mnie na wycieczkę do Paryża !
A paręnaście lat temu to w Polsce nie było jeszcze różnych wynalazków. Tak więc udaliśmy się do Paryża i w małym hoteliku, aczkolwiek bardzo nowoczesnym w przeddzień wycieczki do Disneylandu, wszyscy skrupulatnie się chcieli umyć po długiej podróży.
Niestety nikt nie uświadomił nas – nastolatków (łoohoho kiedy to było) że te prysznice są hmmm jakby inteligentne ;)
Nie było w nich kluczyka, zamykały się automatycznie jak się do nich wchodziło a jak się wychodziło to odbywała się STERYLIZACJA! No i tylko takie fajne dzieciaki jak my mogły wpaść na pomysł kąpania się we 2 (w strojach) jakby coś się miało wydarzyć to będzie raźniej heh :)
No i tak sobie z koleżanką stoimy pod tym nieszczęsnym prysznicem a mi się przypomniało że nie mam szamponu i ubieram się i lecę do pokoju…
Niestety zapomniałam o bardzo istotnej rzeczy, że hehe jak się drugi raz otrworzy drzwi i zamnknie to zaczyna się STERYLIZACJA ! jakież było moje zdziwienie , kiedy zobaczyłam moją wysterylizowaną koleżankę :)))
Śmiejemy się z tego do dziś :D

Dodam jeszcze jedną.
Otóż moja mama zawsze byłą słynna w rodzinie i okolicy z najwspanialszych wypieków i pierogów.
Tydzień przed Bożym Narodzeniem dostała kilka, jak nie kilkanaście zamówień.
Zabrałą się do robty ; pierogi z kapustą i grzybami, bez grzybów, serniki, makowce, sero-makowce itp.
Dzień przed świętami ludzie przychodzili po swoje należności.
PO dwóch godzinach wszyscy zgłosili się ,ze skargami ,że dostali nie to ,co trzeba.
Tym sposobem nie dośc ,że sami zostaliśmy bez ciast i pierogów to mama naraziła się na sporą stratę pieniężną.

Ja mam taka jedną małą :)
Jak codziennie wracałyśmy z koleżankami tą samą drogą do domu ze szkoły lecz tym razem postanowiłyśmy usiąść na chwilkę i pogadać. Gdy udało mi się po jakże wyczerpującej dyskusji jednak dojść do domu w jednej chwili zorientowałam się że nie mam ze sobą worka z butami który trzymałam w ręku w drodze ze szkoły. Przeszukałam każdy zakamarek plecaka w nadziei, że może jednak go tam schowałam. Jednak worka tam nie było zasmucona powiedziałam mamie że zgubiłam szkolne buty gdy wracałam do domu. Mama następnego dnia rano dała mi jakieś inne i ze smutną miną ruszyłam w kierunku budynku szkoły przechodząc obok ławki na której siedziałyśmy z dziewczynami zauważyłam coś niebieskiego. Podeszłam bliżej to był mój worek z butami! upadł mi gdy położyłam go na ławce. Niestety był cały mokry gdyż w nocy padał deszcz a on leżał w trawie lecz resztę dnia byłam szczęśliwa że jednak znalazłam buty i od tego czasu zawsze chowam je do plecaka zanim wyjdę ze szkoły :)

ja pamiętam historię z dzieciństwa. Kiedy żyła moja Babcia, zawsze zamawiała wraz z mamą na Święta Bożego Narodzenia sernik od rasowej cdukierniczki, piękny, wystawny, wysoki i puszysty, pycha. Zawsze był on posypany dużą ilością cukru pudru, co wprost uwielbiałam. Sernik przyjechał, a na drugi dzień miała być wigilia. Gdy już wszyscy zjedliśmy wieczerzę, ja zabrałam się za pałaszowanie sernika, kiedy ku mojemu zdziwieniu, cukier puder wcale nie był słodki:(( okazało się że cukierniczka, myląc pojemniki, zamiast cukrem pudrem, przez przypadek posypała mąką ziemniaczaną:)) i to białe i to białe:))

Byłam w Hiszpanii kiedy to się zdarzyło. Może nie jest jakieś super śmieszne ale na zawsze utrwaliło się w mojej pamięci i było… magiczne. To było zaledwie rok temu. Płynęliśmy jachtem z rodzicami po morzu, a był tak duży, że po przechadzaniu się, gdzieś zabłądziłam. Nie wiedziałam co mam robić, nikt nie mówił po polsku i natknęłam się na pewnego chłopaka. Jak inni, także mówił tylko po hiszpańsku, więc zaczął przesadnie gestykulując rękoma pytać się co się stało, czemu płaczę(bo płakałam) i czy mi pomóc. Natychmiast mnie rozweselił i też zaczęłam mu coś niezdarnie pokazywać. W końcu jakoś niezdarnie zgadalismy się i poszliśmy do baru coś zjeść gdzie byli moi rodzice. Okazało się, że chłopak mieszkał kilka domków dalej od tego, który wynajmowaliśmy z rodzicami i przez całe dwa tygodnie moich wakacji widywaliśmy się i rozumieliśmy doskonale bez słów. Pod koniec tych dwóch tygodni pożegnaliśmy się ze łzami, a ja po roku nadal mam zapisany w telefonie jego adres i numer telefonu. Kto wie – może jeszcze kiedyś dane mi będzie odwiedzić Hiszpanię :)

To mnie przypomniala sie taka oto historia :)
Moj brat, po dluzszej nieobecnosci w domu wrocil na weekand, i zachcialo mu sie kawy z mlekiem. Przygotowal kawe. Wyja mleko z lodowki. Dolal do kawy i zaczal pic. Widze jego przerazona mina i plucie do zlewu (okazalo sie ze mleko bylo zepsute (tak dlugo lezalo od jego ostatniej wizyty w domu, tylko on pil mleko)… Siegnal po pierwsze lepsza szklanke z woda. Napil sie i znowu zaczal pluc. Zdesperowany! To byla szklanka z woda i sola (mikstura ktora miala odlezec i byla przygotowana na moczenie kurzajki ktora mialam na palcu :) )….

To mnie przypomniala sie taka oto historia :)
Moj brat, po dluzszej nieobecnosci w domu wrocil na weekand, i zachcialo mu sie kawy z mlekiem. Przygotowal kawe. Wyja mleko z lodowki. Dolal do kawy i zaczal pic. Widze jego przerazona mina i plucie do zlewu (okazalo sie ze mleko bylo zepsute (tak dlugo lezalo od jego ostatniej wizyty w domu, tylko on pil mleko)… Siegnal po pierwsze lepsza szklanke z woda. Napil sie i znowu zaczal pluc. Zdesperowany! To byla szklanka z woda i sola (mikstura ktora miala odlezec i byla przygotowana na moczenie kurzajki ktora mialam na palcu :) )….

Jak bylam mala, wrocilam z podworka i spagniona polecialam do kuchni i zlapalam za pierwsza lepsza szklanke z przegotowana woda (tak mi sie wydawalo ), ktora okazala sie wodka, ktora moja mama miala przygotowana do jakiegos ciasta…

Bardzo miło wspominam wyprawę z przyjaciółkami w Bieszczady. Dużo czasu spędzałyśmy na górskich wędrówkach, spotykając przeróżnych ludzi z całego kraju a nawet zza granicy. Pamiętam wieczór kiedy to zmęczone wróciłyśmy do namiotu poświęcałyśmy się odpoczynkowi kiedy to w nasze „drzwi” do namiotu ktoś zastukał. Okazało się, że był to jeden z motocyklistów, którzy wybrali się w objazdową podróż po Bieszczadach. Ów gość zapytał czy znamy się na pierwszej pomocy ponieważ chyba skręcił kostkę. Jako że jesteśmy zaprawione w akcjach medycznych szybko zajęłyśmy się „pacjentem”. Był to bardzo miły człowiek, podziękował za pomoc i zapytał co w zamian może dla nas zrobić. Nie myśląc wiele poprosiłyśmy o przejażdżkę motorami po okolicy. Wieczór był ciepły, chłopaki i tak oddali nam swoje kurtki. Jazda była cudowna – zapach traw, górski wiatr, pęd i ryk motocykli. Po tych fantastycznych doznaniach resztę wieczoru spędziłyśmy z chłopakami przy ognisku, opowiadając historie z życia i przygody, popijając wino własnej roboty. Był to niezapomniany wieczór a z motocyklistami wciąż utrzymujemy kontakt.

Planowałam za pieniądze za niewykorzystany urlop kupic mężowi na rocznice ślubu nowe alufelgi o których tak marzy a tu szef dzisiaj do mnie: ” nie wiem czy nie zlikwiduje waszego punktu bo w zeszłym miesiącu przyniosłyście straty”. Poprostu super, piękny prezent bezrobotna żona :((

Warszawa godziny szczytu. Jechałam tramwajem był taki ścisk że byłam ściśnięta przy samych dżwiach..tramwaj zatrzymuje się na kolejnym przystanku,wciska się jakaś babka i ja od niej
-Czego się tak pchasz na chama ??
a ona:
-Żeby to człowiek wiedział na kogo się pcha!!!!

Leżałam kiedyś w szpitalu i lekarz zdecydował, że mam mieć wykonaną biopsję tarczycy.O naznaczonej godzinie pielęgniarka poprosiła żebym poszła do Gabinetu USG l który znajdował się na II p.Mój oddział, na którym leżałam mieścił się na V p.Po wykonanym zabiegu lekarz zalecił bezwględny odpoczynek przez przynajmniej 1/2 godziny (leżenie). Żeby to przyspieszyć i się nie forsować postanowiłam wrócić windą.W korytarzu były 3 windy, wszystkie w ciągłym ruchu.W końcu udało się wsiąść do jednej.Była pełna ludzi, którzy zjeżdżali na dół.Winda ruszyła z IIp.Zatrzymała się na I piętrze, otworzyła.Ludzie wsiedli, wysiedli. To samo na parterze. Winda wtedy zjechała na poziom -1.A tam stali panowie z wózkiem (przystosowanym do wywożenia zmarłych) i powiedzieli:Proszę opuścić windę. Więc wszyscy wysiedli.Winda odjechała.Więc stoję i czekam. Trwa to dobrych 10 minut. Ja stoję z zaklejona po nakłuciu szyją ( mimo że powinnam leżeć). W końcu winda przyjechała. Wsiadłam. I znowu. Parter-ludzie wsiadają i wysiadają.To samo na p.I i II. Na III piętrze jednak drzwi się otwierają i ci sami panowie z wózkiem (przystosowanym do wywożenia zmarłych) powiedzieli:Proszę opuścić windę. Załamałam się . Wysiadłam i resztę drogi pokonałam już schodami .Dotarłam w końcu do łóżka. Okazało się że w drodze do oddziału spędziłam 40 minut.Stwierdziłam, że już nie warto się kłaść i odpoczywać.
Do dzisiaj opowiadam tę historię moim wszystkim znajomym, i wszyscy śmieją się z niej jak z najlepszego kawału. Ja też dzisiaj tez się śmieję. Ale powiem w tajemnicy, że wtedy mi nie było do śmiechu.

Ja najciekawsze przygody przeżywałam zawsze z moimi przyjaciółmi. Do tej pory wspominamy i śmiejemy się z numerów ,które odwalaliśmy i przygód ,które przeżyliśmy. Najbardziej w pamięć zapadła mi piesza wyprawa z koleżanka Anią na dyskotekę. Jako młode zbuntowane nastolatki ,zawsze musiałyśmy postawić na swoim. Którejś soboty poprosiłam tatę ,żeby zawiózł mnie i Anię na dyskotekę. Kategorycznie nie zgodził się ,twierdząc że jesteśmy jeszcze za młode i że czyha na nas wiele niebezpieczeństw.” Zdenerwowałam się i oznajmiłam ,że pójdę z moją psiapsiółką pieszo i ,,łaski bez”. Tak więc słowo się rzekło i 7 km. szłyśmy pieszo. Wszystko fajnie ,ale w butach na szpilkach ,to trochę ciężko było.. zawziętością i determinacją dotarłyśmy na miejsce. Impreza była udana ,kiedy jednak przyszedł czas powrotu to miny nam zrzedły. Czekała nas wyprawa do domu, czyli kolejne 7km. Zmęczone całonocnym dancingiem, szłyśmy jak ,,byśmy chciały a nie mogły”. Nogi bolały jak diabli. Zdjęłyśmy szpilki i idąc na boso przeklinałyśmy los. Nagle podjechał samochód ,a w nim dwóch facetów zaproponowało podwiezienie. My niewiele myśląc ,uciekłyśmy w pole , przekonane ,że ich intencje nie są jak najbardziej czyste. Pewnie jacyś gwałciciele i tyle. Nie jesteście w stanie wyobrazić sobie ich min zdziwienia i szoku ,kiedy to dwie wariatki uciekają w popłochu w pola a oni chcieli tylko pomóc. Nie wróciliśmy już na szosę ,naradziłyśmy się ,że pójdziemy skrótami przez lasek ,bo tak będzie bezpieczniej. Miałyśmy dosyć pomocy od nieznajomych. Nie przewidziałyśmy jednego…gorsze od potencjalnych gwałcicieli, mogły okazać się tylko ….dziki !!!! Ponieważ było to lato ,aż roiło się od tej zwierzyny. Ja i Ania wlokąc się noga za nogą z uśmiechem rozmawiałyśmy, jakie jesteśmy nieufne i ,że trzeba było się jednak zgodzić na podwiezienie do domu ,bo przed nami jeszcze 2km drogi do domu. Nagle z za krzaków wyłoniły się 3 dziki i ruszyły …prosto na nas.!!!! Przyznam szczerze ,że niewiele potem pamiętam ,może tylko to że chyba osiągnęłyśmy rekord w szybkości dotarcia do naszych chat. Pomijając fakt , że pogubiłyśmy nasze cudne szpilki, podarłyśmy rajstopy i pozaciągałyśmy sukienki ,dostałyśmy nauczkę na całe życie. A nasi rodzice o dziwo, nie gniewali się ,za nasze nieposłuszeństwo ,tylko się śmiali i śmiali do rozpuku za naszą głupotę . Nam niestety nie było tak do śmiechu….no może teraz tak …:)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

apropo mleka w kawie:)) ja będąc w pracy chciałam zabieliać kawę i pomyliłam kartony i zamiast mleka dałam maślankę i wszystko się zważyło:)) Wszyscy w pracy się ze mnie śmiali))

Pewien stateczny maz i ojciec rodziny, pare lat temu wyjechal na targi do Niemiec, do dosc duzego miasta. Pobyt jego trawal okolo tygodnia. Tak sie zlozylo, ze musial tam spedzic tez niedziele. Wiadomo, czlowiek sam w duzym miescie w niedziele sie nudzi, wiec postanowil sie zrelaksowac. Poniewaz hotel w ktorym sie zatrzymal nie posiadal ani fitness klubu ani sauny, wybral jedna z ofert, ktore polecal ow hotel. Siedzac zrelaksowany w saunie, nasz bohater pomyslal: „Dziwne, sami faceci”, ale co tam i relaksowal sie dalej. Jakiez bylo jego zdziwienie, gdy otwierajac na chwile oczy zobaczyl „smiale umizgi” pewnego pana. W jednej chwili zdal sobie sprawe, ze wszedl do sauny dla „panow lubiacych panow”. Pozbieral swoje manatki i w jednej chwili znalazl sie na ulicy.
Kiedy opowiadal nam ta historie, wszyscy pokladali sie ze smiechu, ale zapewiam, ze naszemu bohaterowi do smiechu nie bylo…
Ile razy przypomne sobie ta historie, mam przed oczami scene z filmu „Akademia Policyjna” kiedy Mahonej wyslal do klubu „Blekitna Ostryga” dwoch policjantow.

i jeszcze cos zwiazanego z kuchnia…
Pewnego razu przed wigilia moja mama przygotowywala potrawy swiateczne. U nas jedna z potraw byl kompot z suszonych sliwek. Namoczyla sliwki w wodzie i zajela sie innymi potrawami. Po jakims czasie do kuchni wszedl moj tata, calkiem zaspany po popoludniowej drzemce. Jakoze chcialo mu sie pic wzial ten garnek z woda i sliwkami i wypil. Wydawalo mu sie jakos malo, wiec zapytal: „nie ma juz kompociku?” Ja z mama wybuchnelysmy smiechem, bo nie wiedzialysmy, ze woda ze sliwek moze byc „tak dobra”.

Z podróży przywiozłam wiele ciekawych historii, bo dużo podróżuję :) To jest właśnie to, co szczerze kocham i to, co uprawiam tak często, jak tylko się da.
Mogłabym pisać dużo, o donutach o smaku cementu, nieudanych próbach malowaniu oczu kohlem na gwiazdę bollywood (a wyszłam raczej na gwiazdę węgla kamiennego :)) czy o podstępnych walkach o miejsce (moje własne, z biletu :)) we włoskim pociągu. Wybrałam kilka najciekawszych :) :

Doskonale pamiętam, jak po długich bojach z rikszarzem o miejsca do zwiedzania (i co za tym idzie, o cenę) dotarliśmy do miejsca wiecznego spoczynku Mahatmy Gandhiego. Byliśmy już w Indiach od kilku tygodni, byłam więc przyzwyczajona do „bycia obserwowaną” :), no bo w końcu blondynka i w ogóle. Kiedy szliśmy do wejścia do mauzoleum, przez piękny park, podeszła do nas grupa chłopców, mieli może po 13 lat. Robiło się ich więcej i więcej, koniecznie chcieli zrobić sobie zdjęcie – nigdy nie miałam nic przeciwko, więc i tym razem grzecznie zapozowałam. Nie przewidziałam tylko tego, że każdy pewnie z 50 chłopaków będzie chciał mnie dotknąć :) A dokładniej – będzie chciał pomacać jasne włosy. Prawie zostałam zadeptana, ale to i tak mało powiedziane :) Na szczęście, mój fotograf zauważył, że zniknęłam gdzieś tam na dole, zauważyli też panowie od pilnowania butów przed mauzoleum i rzucili mi się na ratunek. Potargana i brudna poszłam więc odwiedzić Gandhiego, ale za to zdjęcie szalonego tłumu do tej pory wisi na czołowym miejscu na ścianie :)

W Indiach przeżyłam masę fajnych przygód, polecam wszystkim – krowy w restauracjach, siedzące zaraz obok luksusowych homarów :D, kolorowe Holi (trzeba tylko pamiętać, żeby tego dnia założyć najgorsze ciuchy, jakie posiadacie:D), sok ze świeżych pomarańczy, o którym myślałam długo, że jest zepsuty, dopóki nie uświadomiłam sobie, że w środku dostałam zwyczajowy indyjski dodatek, czyli masalę (której szczerze nie znoszę! :)). Pamiętam też (uwaga, znowu foto przygoda) jak w czasie pobytu na Goa, wśród praktycznie samych zagranicznych turystów, właśnie wychodziłam sobie z wody, wiadomo – mokry strój kąpielowy, raczej skąpy niż zakryty, mokre włosy, makijażu zero, a tam słyszę „hi, do you mind if we take a pic with u?”. Ja oczywiście don’t mind, więc znów grzecznie się ustawiam i patrzę – a tam cała indyjska 15 osobowa rodzina, od prababci aż po totalnie małe dzieci. Zdjęcie zrobili, podziękowali i do dziś się zastanawiam, czy trzymają sobie zdjęcie z indyjskim roznegliżowanym dziwadłem gdzieś na kominku :)

Z innych stron świata też mam wiele fajnych wspomnień :) Np. z Tunezji, gdzie koniecznie chcieliśmy wejść do lokalnej knajpy, skuszeni tłumem w środku. Ludzie zamarli, kucharz był bardzo sceptyczny odnośnie ewentualnej sprzedaży, w końcu się zgodził – okazało się, że bał się, że dla obcych ich jedyne danie, czyli gęsta zupa, będzie za ostre :) Było świetne, z soczewicą i tuńczykiem, a my zaprzyjaźniliśmy się z całym tłumem Tunezyjczyków :)

W czasie ostatniej podróży do boskiego NYC (za którym tęsknię każdego dnia) też zaliczyłam przygodę – wpadkę :) Szykowałam się na wielkie zakupy – ciuchy, buty, kosmetyki i wszystko, co dam radę w walizce jeszcze upchnąć. Przedostatniego dnia pobytu spędziłam dokładnie cały dzień w sklepach, buszując i niuchając, co tam ciekawego znajdę. Znalazłam oczywiście wprost tony cudnych rzeczy, większość kupiłam i zadowolona wróciłam do hostelu. Wieczorem, w akompaniamencie małego załamania nerwowego spowodowanego za małą walizką, spojrzałam na japonki, które kupiłam dla mamy. Wcześniej byłam nimi zachwycona, bo były idealne – srebrne, z ozdobnymi kwiatkami, no dokładnie w jej stylu! Ale patrzę, patrzę i coś mi nie pasuje. Oczywiście – kupiłam dwa lewe. To mogło się przydarzyć tylko mnie :) Było mi tak bardzo żal, że następnego dnia o świcie raz jeszcze wyruszyłam do Wielkiego Centrum Handlowego, żeby odzyskać mój prawy, zaginiony but. Nie muszę dodawać, że ku uciesze obsługi z dokładnie wszystkich pięter sklepu :)

Ogólnie – warto podróżować :)

oczywiście mam Bukowy Las w ulubionych, ale zapomniałam wkleić powyżej w info linka do facebooka, więc uzupełniam :)

Moje najmilsze wspomnienia dotyczą każdych chwil, a głównie wakacji spędzanych nad polskim morzem, znad którego pochodzę (obecnie mieszkam w centrum kraju). To tam, we Władysławowie, po raz pierwszy pocałował mnie chłopak (co roku tęsknym spojrzeniem obejmuję bar, w którym to się stało, zawsze też wpadnę coś tam zjeść lub potańczyć, a nuż historia zatoczy koło;), nie byłby to już wprawdzie pierwszy pocałunek, ale może inny okaże się jeszcze lepszy?). To tam, we Władysławowie, przegadałam z moim bratem całą noc na plaży, aż nie wiadomo kiedy zastał nas przepiękny wschód słońca, oblewający czerwienią cały horyzont. To tam, we Władysławowie, spędzałam cudowne chwile z chłopakiem, który mimo niepełnosprawności fizycznej potrafił pokazać mi ponadsprawność uczuciową i to, jak czerpać pełną garścią radość życia -tańczyliśmy w nocy na plaży na drewnianych deskach i nie obchodziły nas spojrzenia innych (zawistne? pogardliwe? współczujące? pełne politowania? szydercze? nie wiem i w ogóle mnie to nie obchodzi). To tam, w Gdańsku, spędziłam najbardziej beztroskie lata mojego życia. To tam, nad morzem, jest mój prawdziwy dom. Mam zamiar tam wrócić, na razie na pół roku w ramach wymiany międzyuczelnianej studentów, a w przyszłości, kto wie? Mam nadzieję, że zamieszkam na zawsze nad Bałtykiem, z którym wiążą mnie te i wiele innych wspomnień.

Opowiem Wam historię trochę romantyczną, zaskakującą (szczególnie dla mnie), z nutką grozy.
Pewnego dnia, a było to bardzo dawno temu, bynajmniej nie za siedmioma górami, ani za siedmioma rzekami, za sprawą osoby, której imienia nie będziemy tu wymieniać, wkroczyłam nieśmiało w pewne towarzystwo. Zaskakująco szybko się dogadaliśmy i czasu ze sobą mnóstwo spędzaliśmy. Ale do czego to ja zmierzam… Mianowicie kręcił się w tym towarzystwie jeden osobnik, z którym nie przepadaliśmy zbytnio za sobą, rzekłabym nawet panował między nami stan zimnej wojny. I tak mijały dni, miesiące, lata… Aż pewnego razu osobnik ów rozpoczął ze mną rozmowę na wielce popularnym komunikatorze. Od słowa do słowa okazało się, że wcale taki zły to on nie jest, ba! stał się moim najlepszym przyjacielem i powiernikiem. Nie podejrzewałam go jednak, że pewnego razu zaskoczy mnie – propozycją rowerową! Ja i rower?!? Byłam zwierzęciem kanapowym, do szczęścia wystarczył mi spacer do i z pracy… No ale cóż, ja nie dam rady? Jasne, że dam(?). Ruszyliśmy. Nie powiem, było ciężko z początku (pod górkę!), ale gdy w końcu po kilkunastu kilometrach osiągnęliśmy cel byłam przeszczęśliwa (że wreszcie mogę odpocząć!). Co dobre jednak szybko się kończy – trzeba było jakoś wrócić do domu (z górki!!!:):):)) Górka jak górka, zjeżdżało się miło, zbytnio się nóżkami nie pracowało, gdy wtem! złapałam bakcyla! Poczułam wiatr we włosach, przyspieszyłam i nie zwracałam uwagi na głośne „Zwooolnij!!!” – przecież byłam mistrzem kierownicy rowerowej! Jednak po chwili musiałam zmienić pogląd, lądując w przydrożnych chaszczach z obdartym łokciem, poobcieraną skórą, potłuczona tu i ówdzie (nieważne gdzie). Zdążyłam sprawdzić, czy zęby nadal posiadam wszystkie i czy mogę swobodnie ruszać kończynami, gdy mój rycerz na białym koniu porwał mnie w ramiona z radości, żem żywa! HA! I tu zaczyna się aspekt romantyczny tej historii, i do tego bardzo niespodziewany :) Ale ominę go milczeniem, powiem jedynie, że mój najlepszy przyjaciel stwierdził, że należy rozciągnąć nade mną opiekę, i że on tą opiekę będzie sprawował … już do końca życia:)

Podroz do Rpa. Romantyczna kolacja w restauracji… Zamowilam Crème brûlée i z cieknaca slinka zabieram sie za krem… I jakiez bylo moje rozczarowanie, kiedy tak wymarzony zimny krem okazal sie goraca jajecznica! W zyciu nie jadlam nic bardziej ochydnego :(

hmm… dużo tych wycieczek było i nie wszystkie można spamiętać… na pewno wyjazd do Podczela (k/ Kołobrzegu) z mężem (wtedy chłopakiem). Tydzień wcześniej miał zakładany gips na prawie całą nogę, pojechaliśmy z pakunkami i spaliśmy pod namiotem :P Już pierwszego dnia, podczas gdy ja rozkładałam namiot – mąż dłubał coś „śledziem” za drzewem , po jakichś 30 min zadowolony przyszedł do mnie i pokazał jak ślicznie zdjął sobie gips za pomocą śledzia do namiotu :/ . Kuracja pod nazwą „maczanie nogi w morzu” podziałała szybko na zwichniętą nogę :)

Któregoś roku, gdy wakacje spędzałam u babci w Bielsku – białej, postanowiłyśmy z siostrą wybrać się nad rzekę. Było cudownie. Kąpałyśmy się w zimnej wodzie i wszystko zapowiadało, że ten dzień zapamiętam do końca życia. Tak się stało. Podczas zabaw w wodzie na czole usiadł mi owad. Machnęłam ręką, by go odpędzić. Nie wiedziałam że to będzie miało swoje konsekwencje. Następnego dnia rano wstałam i zobaczyłam, że źle widzę. Spojrzałam do lustra i przestraszyłam się. Okazało się że całą twarz miałam spuchniętą. Siostra śmiała się ze mnie, a ja wyglądałam jak miś Koala. Babcia jak mnie zobaczyła zemdlała. Kiedy ocknęła się zabrała mnie do szpitala. Tam dostalam zastrzyk i receptę na antybiotyk. Cały kolejny tydzień leżałam w łóżku. Słońce tak pięknie świeciło, a mi nie wolno było wyjść do ogrodu. Było mi bardzo przykro. Dziś z tej przygody się śmieję.

Pewnego roku miałam okazję uczestniczyć w Fieście, w Pampelunie (Hiszpania).
Wyjechaliśmy z wycieczką na zaproszenie zakładu wykonującego klocki hamulcowe
Od gospodarzy otrzymaliśmy bluzki białe i czerwone chustki oraz butelkę szampana.
Trzeba było ubrać się w te rzeczy a chustki na szyję lub na rękę.
Kiedy wyszliśmy z hotelu, okazało się , że wszyscy ludzie w Pampelunie są tak samo ubrani.
Każdy mógł bezkarnie obrzucać lub oblać drugiego człowieka tym co posiadał a było to(mąka ,suche farby , jaja ,wina i szampany)
Można sobie wyobrazić jak każdy wyglądał, nie było kawałka suchego , i czystego miejsca .
Mało tego – tradycja nakazywała wytrwać w tym przez cały dzień.

Któregoś dnia Czerwca całą rodzinką wybraliśmy się na spacer do lasu. Krążyliśmy po nim już jakieś 1,5 h, aż w końcu znudziło nam się. Doszliśmy do wniosku, że robi się trochę nudno i postanowiliśmy zagrać w chowanego. Każdy się schował i zaczęła się gra. Gdy już prawie wszyscy byli poznajdywani (zostałam tylko ja) postanowiłam, że wyjdę z mojej kryjówki, żeby już mnie nie szukali. Kucałam przy drzewie w pewnym momencie odkręciłam się w poszukiwaniu „miejsca zaklepania” i zobaczyłam co? MAŁEGO DZIKA! Siedział cały czas przy mnie! Wyobrażacie sobie moją minę, kiedy go zobaczyłam? Byłam w szoku! Zaczęłam donośnie piszczeć i uciekłam! :)

hej kotlecie:)
Opowiem też moją historię skoro można:)
Było to w ostatnie wakacje. Spędzaliśmy wraz z chłopakiem miłe chwile w pewnej sympatycznej, acz mało znanej restauracyjce na wybrzeżu, kiedy do środka weszła pewna para. Od samego początku przyglądali się dziwnie mojemu chłopakowi. Zapytałam czy ich zna, ale odpowiedział przecząco. W końcu dziewczyna odważyła się podejść i pierwsze słowa, jakie wypowiedziała brzmiały: „Czy mogę prosić o autograf?”
Oniemieliśmy…w pierwszej chwili pomyślałam „Jakaś ukryta kamera, czy co?”, ale dziewczyna stała z błagalnym spojrzeniem dalej..Zapytaliśmy się, czy dobrze się czuje, (wiecie albo wariatka, albo pijana- pierwsza myśl), a ona kiwając twierdząco głową stwierdziła, że jeszcze nigdy tak wspaniale i czy Pan Żurek może podpisać jej się choćby na serwetce..My-CO?!Ona- no przecież wiem, że to Pan, Panie Lesławie…bardzo proszę..Chłopak niewiele myśląc podpisał się dla świętego spokoju, a ja w szoku, bo nie wiedziałam do tamtej chwili, że z GWIAZDĄ jestem. No ale ok niech jej będzie, ale dziewczyna była chyba tak podniecona i nie widziała różnicy między tymi dwoma, że zaczęła dzwonić po znajomych, żeby szybko zbierali się z pokoi, bo ona spotkała Żurka i on nadal tu jest..My już pośmiani po pachy, ale czekamy na rozwój wydarzeń. Po niedługim czasie wpada grupka wesołych ludzi i podchodzi do stolika tamtej pary, dziewczyna wskazuje na nas i w momencie wybucha śmiech na sali. Ktoś jej delikatnie wytłumaczył, że On to nie On, a ona cała czerwona podeszła do nas i z oburzeniem pyta, czemu ją wprowadziliśmy w błąd? Odpowiedzieliśmy co prawda, że to ona się upierała, ale dziewczyna i tak do końca pobytu w knajpce siedziała naburmuszona i zła:P